RADEW

Radew jest piękna. No może nie tak piękna jak Piława, jak Piliczka, jak Płocizna (nie wiadomo czemu zamknięta dla turystów), ale czysta, w znacznej części bezludna i, co najważniejsze, w znacznej części płynąca w lesie.

 

czas spływu 7 dni | uciążliwość średnia | trudność średnia

Na spływ przeznaczamy co najmniej 7 dni. Nic nie stoi na przeszkodzie zatrzymania się nad pięknymi jeziorami na dalszych 7 dni. Zakończenie spływu w Kołobrzegu ; ostatni odcinek płyniemy Parsętą. A początek w miejscowości Żydowo- ok. 15 km na zachód od Miastka. W Żydowie dwa jeziora: Kamienne, położone wysoko i Kwiecko - stanowiące początek naszego spływu - kilkadziesiąt metrów niżej. Taką różnicę poziomów wykorzystano w wybudowanej elektrowni. działa ona tylko w godzinach najwyższego zapotrzebowania na energię elektryczną, a że jest to elektrownia niemałej mocy, szybko pochłania wody w jeziorze górnym. Za to w okresie gdy energia elektryczna jest tania, woda z dolnego jeziora Kwiecko pompowana jest z powrotem w górę do jeziora Kamiennego. Podobno ten proceder jest opłacalny, a elektrownia ma znaczenie strategiczne.

Jezioro Kwiecko bardzo malownicze, z dużą wyspą, niestety nie nadającą się do zamieszkania. Prawie całe w lesie. W okolicy elektrowni dzikie pola biwakowe tradycyjnie okupowane przez zmotoryzowanych "kempingowiczów" z rodzinami. Tam też wodujemy. Pewnym minusem jeziora jest nieprzyjemny mulisty osadzik na brzegach, po obniżeniu poziomu wody, a poziom waha się tu nieustannie. Pomimo tego woda w Kwiecku jest przejrzysta i zachęca do kąpieli. Nie obawiajmy się, że wahania poziomu jeziora wpływają na poziom wody w Radwi. Nic z tych rzeczy - przepływ wody z jeziora jest stały, gwarantuje to system niewidocznych "syfonów", a poziom wody w jeziorze jest zawsze wyższy niż w rzece.

Radew nie sprawia żadnych trudności nawigacyjnych. Jest więc szlakiem łatwym, a uciążliwość spływu wynosząca na początkowym odcinku 5 maleje stopniowo do 1. Ocenę malowniczości szlaku pozostawiam czytelnikowi. Ja przydzielam Radwi **, czasem ***, a Parsęcie ***, **, *. (im bliżej morza, tym mniej malowniczo). Bardzo leniwi turyści mogą rozpoczynać spływ nieco niżej, od jednego z mostów nad Radwią, ale stracą najpiękniejszy odcinek dzikiej rzeczki.

Program spływu

  • 1 dzień: Do Żydowa przybyliśmy późnym popołudniem. zjechaliśmy drogą do elektrowni serpentynami w dół, prawie do samego zakładu, przed którym skorzystaliśmy z chwilowej "gościny" wczasowiczów biwakujących na dzikim kempingu, przygotowaliśmy herbatę i kanapki, załadowaliśmy cały dobytek na kajaki i w drogę! Płyniemy przy prawym brzegu jeziora do miejsca, gdzie skręca ono w lewo tworząc malowniczą zatokę. Jednak malowniczo jest tylko przy wysokiej wodzie; przy niskiej, w płytkiej zatoce odsłaniana jest roślinność podwodna tworząca podwinięte kępy zieleniny. Środkiem zatoki docieramy do zastawki, która ma tu postać wału ziemnego wyłożonego płytami betonowymi "dziurowanymi". Od biedy można na nich lądować lub korzystać z zagłębiających się w wodzie schodków wiodących na samą górę. Przy nich wodowskaz. Niestety przy niskiej wodzie oprócz osadu mułu niepomyślny wiatr może przywiać na zaporę szczątki wodorostów. Po drugiej stronie woda z jeziora "ujęta" gdzieś na głębinie wypływa z wielkiej rury tworząc piękny prysznic dla spragnionych kąpieli. Woda bardzo przejrzysta, dno kamieniste - żwirowe, wysoki las, strome, bardzo wysokie zbocza dolinki.
    Holujemy 300 m i po lewej wygodna półka na niewielki biwak. Warto nabrać sił, bo i słońce zniża się coraz bardziej i głód daje się już nam we znaki (obiadu nie było, tylko spóźnione drugie śniadanie). Na kolację ryż z mielonką i sosem, ale bez grzybów, bo te nie obrodziły.
  • 2 dzień: Wędrujemy dalej. Czasami można trochę płynąć, czasami przeciągać, przepychać, przenosić. Odnosi się wrażenie, że nikt tędy nie pływa, a w każdym razie nie odwiedzają tego odcinka spływy masowe, bo i "przepustowość" rzeki na to nie pozwoliłaby. Brzegi zawsze bardzo wysokie, czasem zbliżają się do siebie tak, że Radew płynie w leśnym parowie, czasem oddalają się ustępując miejsca łąkom lub mokradełkom lub laskom olchowym. Często koryto rzeki zarastają krzaki, zdarzają się też wąskie przejścia w trzcinach, szerokie brody, tak płytkie, że nawet holowanie pustego kajaka wymaga wysiłku, a oczywiście przewrócone drzewa zawsze układają się w poprzek koryta rzeki. W ciągu trzech pierwszych godzin współczynnik uciążliwości sięga 5.

    Przepiękny, bardzo wysoki most kolejowy linii jednotorowej. Prawdziwy zabytek! Linia powstała w pierwszych latach naszego stulecia - obecnie od dawna rozebrana, ale nasypy i most pozostały jako atrakcyjny pomnik myśli technicznej naszych (pra)dziadów.

    Stopniowo rzeka staje się coraz zasobniejsza w wodę. Brodząc po płyciznach wszędzie czujemy obecność zimowych źródełek. Niektóre szemrzą na zboczach doliny. Wody na herbatę nie musimy długo szukać. Jest znakomita. Pod mostem drogowym kłopotliwie po rumowisku.

    Płynąć już można, ale co chwila rzekę coś przegradza. Czasem można to coś usunąć, czasem unieść, czasem zatopić, ale na ogół trzeba przez to coś przeleźć wraz z plecakiem przeciągając kajak.

    Następny most i przy nim ruina młyna. Przenoska. Nie ryzykujemy uszkodzenia kajaków na nie uprzątniętej kipieli. To dopiero początek spływu, a właściwie, to jeszcze płynąć nie zaczęliśmy. W sumie płyniemy 7 godzin. Biwakujemy zmęczeni na prawym brzegu w pobliżu linii elektrycznej poprowadzonej na niskich drewnianych słupach (nie ma na wojskowej mapie). Przepłynęliśmy 7 km osiągając niezłą przeciętną 1 km/godz. Zmęczeni, na kolację jemy chleb z mielonką i resztkami kiełbasy. Kaszę ugotujemy na śniadanie, teraz spać!
  • 3 dzień: Rano rzeczywiście gotujemy kaszę gryczaną, do niej konserwę w sosie własnego pomysłu, niestety bez grzybów. Wypływamy stosunkowo późno, bo po 11.00. Rzeka zmienia się nieco. Niesie znacznie więcej wody. Ilość przeszkód nie zmalała, ale poprzednie spływy przerąbały wiele przejść przez zwały. Oczywiście wiele przeszkód pozostało dla nas, ale płynie się znacznie łatwiej. Bez wysiadania przepływamy pod mostem na szosie o numerze trzycyfrowym. Dalej sporo mokradeł, brak dobrych biwaków, ale od czasu do czasu można coś suchego znaleźć. Przeciągamy kajaki przez bardzo zrujnowany, nieprzejezdny most drewniany, z gęsto sterczącymi zardzewiałymi bretnalami. Po niespełna 6 godzinach lądujemy na pięknym, wysokim biwaku leśnym. Celem naszym był spóźniony obiad, ale postanowiliśmy zostać tu do rana (tym razem obiad składał się z dwóch dań). Pierwszy spacer w głąb lądu pozwolił nam zorientować się w naszym położeniu. Znaleźliśmy się sto metrów przed drugim ujściem Zgniłej Strugi. Ta rzeczka jest wyjątkowo czysta, żadnego śladu zgnilizny w niej nie wypatrzyłem. Wody ma tyle co Radew na początku szlaku.
  • 4 dzień: Czasu mamy w sumie tydzień, a do Kołobrzegu bardzo daleko. A jeśli ta przepiękna pogoda skończy się i zacznie padać? Jeszcze nie wiemy, że przeszkody "okresowe" w zasadzie skończyły się, że zostały już tylko te "stałe" w postaci elektrowni, młynów, pstrągarni i progów regulacyjnych.

    Rzeka płynie dostojnie pomiędzy lasami, wzgórzami i mokradłami. Spotykamy rodziną łabędzią. Ptaki uciekają. Prąd słabnie i powoli rzeka ustępuje miejsca jezioru. (łabędzie wreszcie mogą się schować w jakiejś bocznej zatoczce). Most na jeziorze zwiastuje miejscowość o odkrywczej nazwie Mostowo. Tu po raz pierwszy od startu w Żydowie spotykamy obcych ludzi. Lądując z prawej strony mostu znajdziemy się na parkingu samochodowym. Jest bar ale nie ma sklepu. Wolimy jednak gotować sami i nie tracić czasu w miejscu, gdzie na obrośniętych, bosych kajakarzy patrzą niechętnym okiem.

    Jezioro nazywa się Rosnowskie. Jest bardzo długie, wąskie i całe w pięknym, wysokim lesie, a brzegi ma wyniosłe, suche, z ogromnym wyborem miejsc biwakowych. Niestety, po niedzielnych turystach nikt tu nie sprząta, a oni sami najwyraźniej znakomicie czują się na śmietnisku! Założenie biwaku trzeba poprzedzić generalnym sprzątaniem. My zatrzymujemy się na szybki, jednodaniowy obiad. Najszybszą potrawą biwakową jest oczywiście makaron. Robi się go metodą "bez odcedzania". (To mieszczański przesąd zużywać 4 litry wody na ugotowanie kilku porcji nitek, a czym to potem odcedzić?) Spieszno nam do Rosnowa, bo tam są sklepy, a chleba mamy już bardzo niewiele.

    W Rosnowie "legalne" pole namiotowe, duże (chyba wojskowe) bloki mieszkalne i stacja kolejowa - wąskotorowa. Na południe lotnisko wojskowe z odrzutowcami. Na jeziorze zakaz używania silników spalinowych, aby nie potęgować huku maszyn latających. Jedyną osobą upoważnioną do pływania motorówką jest pan policjant. Wymieniliśmy z nim gesty powitalne, gdy mijał nas na środku jeziora. Poza tym spotkaliśmy cichą "motorówkę" elektryczną.

    Wreszcie elektrownia. Cicho. Chyba nieczynna. Nie ma kogo zapytać o zgodę na przenoskę. Udzielamy jej sobie sami. Kilka kursów po wygodnych schodkach (jest ich blisko 100, przy różnicy poziomów bez mała 20m). Szybko poszło. Jesteśmy na jeziorze Hajka. Jeszcze nie na głównym plosie, ale pora na biwak.
  • 5 dzień: Pogoda nie planuje żadnych zmian. Zaczyna się wcześnie upał. W połowie jeziora kąpiel i krótki odpoczynek. Rzeczywiście Hajka jest ładna, nieco szersza od Rosnowskiego, ale tak samo otoczona wysokim lasem, w którym wiele nielegalnych biwaków i kilka legalnych. Dopływamy do widocznej z daleka elektrowni. Ta jest czynna. Pan inżynier pozwolił na przenoskę i nawet zaprosił do obejrzenia wnętrza. Trzy turbiny przypomniały do złudzenia ogromne alternatory samochodowe. Wszystko to w przestronnej, czystej, jasnej sali. (Wyobrażałem sobie urządzenia mechaniczne jak coś brudnego, ociekającego smarem, a tu wszystko działa w warunkach wręcz sterylnych, i to od kilkudziesięciu lat.) Różnica poziomów-7m. Następny kilkudziesięciominutowy odcinek niczym się nie wyróżnił. Po prostu dopłynęliśmy do następnej dużej wsi i zatrzymał nas młyn ulokowany za niewielkim stawem. Warto zapytać młynarzy, gdzie wodować, bo wszystko zależy od pracy urządzeń: wodujemy albo w rzece, albo w kanale. Po kilkuset metrach koryta te łączą, a most drogowy umożliwia spacer do "centrum handlowego". Znów płyniemy kilkadziesiąt minut do następnej przenoski przez zastawkę zapewniającą nawodnienie stawów hodowlanych (pstrągarni). Ta przenoska jest mała, kilkanaście zaledwie metrów. Po lewej stronie największy dopływ- Chotla, też szlak kajakowy, ale bez niebieskich kropek na turystycznej mapie wojskowej. Lasy odsuwają się ustępując miejsca polom i łąkom, a kierunek trasy zmienia się na północny. Po paru godzinach płyniemy pod mostem kolejowym, za nim nieco dalej linia wysokiego napięcia na wysokich stalowych masztach. Po godzinie znów jesteśmy w lesie i zmęczeni długą trasą z przenoskami biwakujemy na lewym brzegu. (Na kolację jemy pilaw; to najprostsza potrawa biwakowa. I znakomicie smakuje na spływie.)
  • 6 dzień: To już ostatni nasz dzień na Radwi. Pogoda ustabilizowała się. Rzeka wciąż czysta, choć przed Karlinem wypatrzyliśmy mały dopływik o zapachu podejrzanym. (Rzeczywiście, jak poinformował nas wędkarz, woda przepływała w pobliżu popegeerowskiej tuczarni.)ten jeden wyjątek nie zepsuł naszej opinii o Radwii. Cały jej dolny bieg oblegany był przez grupy dzieci i młodzieży korzystających z ostatnich dni wakacji. W Karlinie przeszkoda w postaci wielkiego progu, mocno już rozmytego, nie nadającego się do spływu. Taka atrakcja w centrum miasta!

    Dalej smutny odcinek rzeki, od której miasto najwyr5aźniej odwróciło się. I wreszcie z lewej dopływ- niepozorny, nieciekawy. To Parsęta, która rzeczywiście robi wrażenie dopływu radwi. Po chwili charakterystyczny huk wody za pobliskim mostem. Z daleka próg nie wygląda groźnie, a że płynę w kajaku sam, przyśpieszam i wpadam z rozpędem w kipiel. Że wyszedłem z tego sucho, zawdzięczam memu "pneumatycznemu" kajakowi, który producent nazwał "pomorskim". Każdy inny kajak bez fartucha musi tu nabrać wody. Składaki do takich szaleństw nie nadają się, chyba, że bez pasażera i bez większego bagażu. Za miastem Parsęta robi się rzeką piękną. Mieszkańcy Karlina uważają Radew za znacznie czyściejszą niż Parsęta i chyba mają rację, jednakże niżej młodzież bez obaw kąpała się w rzece aż do samego Kołobrzegu.

    Nie musieliśmy długo czekać na następny próg. Jeszcze w granicach administracyjnych Karlina, którego zabudowania ciągną się wiele kilometrów. Próg jest podwójny i dość zniszczony; lepiej nie płynąć, chyba, że tuż przy lewym brzegu, ale po rekonesansie pieszym. Płyniemy dalej piękną spokojną rzeką i po 10 km biwakujemy w starym lesie.
  • 7 dzień: Dopływamy do Kołobrzegu, wieczorem. Parsęta z pięknej zrobiła się ładna, bo skończył się las, a pod koniec nudna, bo dolina przymorska niczym nie zachwyca. Dopiero przejazd przez Kołobrzeg był nieco ciekawszy.

    Rano zaliczyliśmy trzeci próg ( można płynąć, ale ostrożnie ze składakami). W Kołobrzegu pod pierwszym mostem mały ,,wodogrzmot� na blokach i kamieniach nie sprzątniętych przez budowniczych. Można przez to przepłynąć (np. po lewej). A gdzie lądować? Tam, gdzie w ogóle można przybić do brzegu, a więc na początku miasta lub znacznie dalej, za podwójnym mostem drogowo- kolejowym. Wcześniej brzegi rzeki obramowano wysokim, pionowym murem na który wejście jest całkowicie niemożliwe. Spacerujący bulwarami mieszkańcy i kuracjusze obojętnie przyglądają się kajakom.

    Krótko mówiąc, bierzemy urlop od poniedziałku do piątku, wyjeżdżamy w piątek tuż po pracy, wracamy w poniedziałek nad ranem. "W pracy odpoczniesz" głosi piosenka pod tytułem "W Polskę płyniemy" (chyba że coś przekręciłem...) oczywiście to żart, bowiem nic tak nie pobudza aktywności pracownika, ucznia, studenta jak udany spływ. A spływ Radwią musi się udać !